Czy pomagali Sowietom?

Łubianka – siedziba KGB

Dwaj czołowi kanadyjscy dyplomaci nie ukrywali swoich sympatii do komunizmu. Nie przeszkodziło im to w zrobieniu kariery, ale dla obu zakończyło się tragicznie. Jednego z nich KGB szantażowało zdjęciami schadzki z kochankiem, drugi popełnił samobójstwo pod presją toczącego się wokół jego osoby śledztwa. Czy faktycznie szpiegowali dla Sowietów?

Czwartek rano. 4 kwietnia 1957 roku. Do eleganckiego apartamentowca w dzielnicy dyplomatycznej Kairu wchodzi 47-letni mężczyzna w okularach, korpulentny, średniego wzrostu. Wjeżdża windą na ostatnie, ósme piętro i przedostaje się na dach. Skacze. Jego ciało roztrzaskuje się o maskę zaparkowanego na ulicy volvo, należącego do ambasadora Szwecji. Samobójcą jest Herbert Norman, kanadyjski ambasador w Egipcie, a wcześniej w Japonii i Nowej Zelandii.

Siedem lat później. Poniedziałkowy wieczór. 12 października. W pokoju Holiday Inn na przedmieściach Montrealu trzech mężczyzn prowadzi ożywioną dyskusję. Nagle najstarszy z nich, dystyngowany dżentelmen, łapie się za serce. Zawał. Kolejny z rzędu, tym razem ostatni. Nieszczęśnikiem jest John Watkins, były wiceminister spraw zagranicznych Kanady, wcześniej ambasador tego kraju w Moskwie, Oslo i Kopenhadze.

Zarówno Normana, jak i Watkinsa łączyły relacje koleżeńskie, fascynacja obcą kulturą i właściwy dla naukowców dystans wobec rzeczywistości. Norman przyszedł na świat w 1909 roku w Japonii. Jego ojciec, misjonarz, nawracał Japończyków na baptyzm, a matka zajmowała się wychowywaniem dzieci. W wieku 17 lat chory na gruźlicę Herbert wyjechał do sanatorium w Kanadzie. Tam przeżył kryzys wiary. Pustkę duchową wypełniła mu wiara w marksizm. Nieco później, w latach 1929-1933, gdy studiował klasykę na Uniwersytecie w Toronto, zafascynował się trockizmem. W listach do rodziców pisał, że „kapitalizm jest czystą głupotą”, że „przyszedł kres demokracji” i że tylko rewolucja socjalistyczna może zapewnić człowiekowi „samospełnienie”. Był to okres załamania gospodarczego na Zachodzie i wzrastającego radykalizmu.

W 1933 roku Norman wyjechał na stypendium do Cambridge, gdzie wówczas moda na lewicowość osiągnęła apogeum. Zauważywszy portret Lenina w gabinecie jednego z profesorów, Norman – jak napisał w liście do brata – poczuł się jak w domu. Wszedł do środowiska studentów, którzy „identyfikowali się z tym, co działo się w ZSRR, z budową komunistycznego, ostatecznego, idealnego ustroju społecznego”. Wkrótce wstąpił do partii komunistycznej i na jej żądanie podjął się misji przeciągnięcia organizacji studentów indyjskich na stronę komunistów. Jego znajomi stwierdzili, że wtedy „przekroczył Rubikon”.

Szybka ścieżka awansu

Siedem lat starszy od Normana Watkins urodził się na wsi w prowincji Ontario. Gdy miał trzy lata, zmarł mu ojciec. Odtąd Watkins wychowywał się w towarzystwie kobiet: matki, dzięki której rozsmakował się w literaturze, oraz dwóch sióstr (jedna z nich później umarła w młodym wieku na gruźlicę, a druga skończyła żywot w szpitalu psychiatrycznym). Sąsiednią farmę obrabiał w tym czasie Duńczyk z dwoma synami. Od nich Watkins nauczył się języka duńskiego, zachwyciła go też kultura nordycka. Studiował filologię i historię na Uniwersytecie w Toronto. W 1942 obronił doktorat na Cornellu w USA.

W 1946 roku Watkins przyjął propozycję pracy w ministerstwie spraw zagranicznych. Szybko piął się w górę – został naczelnikiem wydziału europejskiego i dwa lata później wyjechał do Moskwy jako chargé d’affairs. Szybka ścieżka kariery nie była niczym nietypowym. Po wojnie Kanada otwierała liczne placówki za granicą. Ministerstwem spraw zagranicznych sterowała wówczas siatka kumpli z uczelni w Toronto.

Watkins szybko opanował język rosyjski, co wyróżniało go na tle korpusu w Moskwie. Aklimatyzację ułatwiała mu znajomość z poznanym na studiach w USA profesorem Władimirem Kazakiewiczem, współpracownikiem wywiadu sowieckiego. Ani ówczesny ambasador USA, ani ambasador Wielkiej Brytanii w Moskwie nie byli zapraszani do domów obywateli ZSRR. A taki „zaszczyt”, dzięki Kazakiewiczowi, spotkał Watkinsa.

W 1951 roku chargé d’affairs z powodów zdrowotnych wrócił do Ottawy. Zdał sprawdzian i w nagrodę, a także w celu podreperowania zdrowia, dostał propozycję wyjazdu do Oslo jako szef placówki. W 1954 roku jednak wrócił do Moskwy, tym razem na stanowisko ambasadora.

Stosunki radziecko-kanadyjskie, napięte po ucieczce szyfranta GRU Igora Guzenki (czytaj więcej), uległy poprawie. Watkins wznowił znajomość z Kazakiewiczem, który przedstawił mu dwóch „historyków”: Aleksieja Gorbunowa („Alioszę”) oraz Anatola Nikitina. W rzeczywistości Gorbunow nazywał się Oleg Gribanow. Był pułkownikiem, człowiekiem numer dwa w drugim zarządzie głównym KGB odpowiedzialnym za państwa wspólnoty brytyjskiej. Nikitin, czyli pułkownik Anatoli Gorski, był jego podwładnym.

Watkins spędził niejeden weekend na daczy „Alioszy” w towarzystwie nieodłącznego Anatola. Zapraszał ich do siebie na Starokonnuszenny Pierieułok 23, gdzie od 1943 roku mieściła się ambasada Kanady. Współpracownicy zapamiętali, że Watkins nie przywiązywał wagi do przestrzegania zasad bezpieczeństwa placówki. Aliosza stał się bezcennym, choć niewątpliwie wybiórczym źródłem informacji o kulisach polityki ZSRR. Nieraz informował go o sowieckich zamiarach. Uprzedził na przykład, że Moskwa oprotestuje notą dyplomatyczną amerykańską praktykę wysyłania nad terytorium ZSRR balonów z aparaturą fotograficzną.

Watkins z czasem domyślił się, że Aliosza musi być osobą bardzo wpływową, o czym poinformował Ottawę, ale ta nie miała zastrzeżeń co do kontynuowania znajomości. Dzięki ustosunkowanym przyjaciołom Watkins zwiedzał Azję Centralną i Krym, o czym inni ambasadorowie mogli tylko pomarzyć. Podczas jednej z takich wypraw kanadyjski dyplomata wylądował w łóżku z przygodnie poznanym młodym poetą. Później nie oparł się również urokom innego młodzieńca.

W tamtym czasie zarówno Kanada, jak i ZSRR uznawały homoseksualizm za przestępstwo, co skrzętnie wykorzystało KGB. Za jakiś czas kochanek wysłał Watkinsowi pocztówkę z informacją, że wkrótce przyjedzie do Moskwy. Doszło do spotkania w pokoju hotelowym, które zostało zarejestrowane przez służby. Anegdota głosi, że podczas wizyty premiera Kanady Lestera Pearsona w 1955 roku w ZSRR radziecki przywódca Nikita Chruszczow w trakcie wzniesionego na cześć pań toastu powiedział, że: „nie wszyscy tutaj obecni doceniają ich urok”. Miała to być aluzja do orientacji Watkinsa.

Po zaledwie dwóch latach kanadyjskie ministerstwo spraw zagranicznych z nieznanych przyczyn odwołało Watkinsa. Krótko przed jego powrotem Aliosza, odgrywając scenę zażenowania, pokazał kanadyjskiemu przyjacielowi fotki KGB z jego spotkań z kochankami. Powiedział, że powstrzyma swoich mocodawców od wykorzystania tych zdjęć, o ile Kanadyjczyk okaże się przyjazny dla Dmitrija Czuwakina, nowego ambasadora ZSRR w Kanadzie. Watkins nie wyjawił przełożonym, że padł ofiarą szantażu KGB. Przez dwa lata pełnił funkcję wiceszefa dyplomacji. Następnie, znów ze względu na zdrowie, powierzono mu placówkę w sennej Kopenhadze. Wytrzymał tam tylko dwa lata, zanim z powodu choroby wieńcowej odszedł w 1963 roku na emeryturę.

Historie z przeszłości dopadły go jednak we Francji. W latach 1961-1964 dwóch uciekinierów z KGB, w tym major Anatoli Golicyn, przekazało informacje o zachodnim ambasadorze, który wpadł w sidła KGB. Kolejny uciekinier, Juri Nosenko, wskazał go z imienia i nazwiska. Służba Bezpieczeństwa przy Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej (Royal Canadian Mounted Police RCMP) za zgodą ministerstwa wysłała do Francji swoich ludzi. W trakcie przesłuchań, odbywających się kolejno w Paryżu, Londynie i Montrealu, Watkins przyznał się do szantażu. Stanowczo zaprzeczył jednak zdradzie. – Możecie wątpić w mój osąd, lecz nie lojalność – powtarzał.

Dokonał żywota przesłuchiwany przez szefa sekcji sowieckiej kontrwywiadu kanadyjskiego Lesliego Jamesa Bennetta. W tych okolicznościach, zgodnie z prawem, należało przeprowadzić autopsję i oficjalne dochodzenie. Władze kanadyjskie sprawę zatuszowały. Przyjęto wersję, że Watkins zmarł na zawał podczas kolacji pożegnalnej z przyjaciółmi przed odejściem na emeryturę. Na świadectwie zgonu widnieje nazwisko rzekomego przyjaciela, w rzeczywistości oficera RCMP.

Kariera stalinisty

Dyplomatyczna kariera Herberta Normana zaczęła się tuż przed wybuchem II wojny światowej. Niegdysiejszy stalinista ni stąd ni zowąd porzucił stanowisko na uczelni, by podjąć pracę w ministerstwie spraw zagranicznych. Przed wybuchem afery Guzenki Kanadyjczycy nie wysilali się, żeby prześwietlać kandydatów do dyplomacji. Choć Norman przyznał się do związków z komunistami, na lewicujących erudytach u steru resortu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Zaufanie, jakim darzyli Normana przełożeni, pokazuje jego ścieżka kariery.

W 1940 roku został wysłany w randze III sekretarza na placówkę do Tokio. Po ataku na Pearl Harbour był przez dwa lata internowany. Następnie w nowo utworzonej komórce kryptoanalitycznej w Ottawie wyłuskiwał cenne informacje z przechwyconych szyfrów japońskich. Przez pewien czas, już jako I sekretarz, pełnił rolę oficera łącznikowego z MI5 oraz Biurem Służb Strategicznych (OSS), prekursorem CIA, w sojuszniczym komitecie do spraw dalekowschodnich w Waszyngtonie. Po zakończeniu wojny został oddelegowany na stanowisko szefa działu badań i analiz sekcji kontrwywiadu w kwaterze głównej amerykańskiej armii okupacyjnej w Japonii generała MacArthura.

Sprawy z przeszłości, a może kwestia podwójnej tożsamości, zaczęły go dopadać, gdy w 1946 roku został po raz pierwszy szefem placówki – kanadyjskiej misji łącznikowej w Tokio. Cztery lata wcześniej FBI założyło mu teczkę, kiedy próbował odzyskać księgozbiór swojego kolegi, japonisty z Harvardu, członka partii komunistycznej. Okłamał wówczas pilnujących mieszkanie Japończyka funkcjonariuszy FBI, że wypełnia misję zleconą mu przez rząd kanadyjski.

Nazwisko Normana pojawiło się również przy okazji afery Guzenki. Zbiegły szyfrant opowiedział śledczym, że któregoś dnia do rezydentury GRU w Ottawie wpłynęła depesza z Moskwy z zapytaniem, czy jej szefowi pułkownikowi Nikołajowi Zabotinowi, attaché wojskowemu, znany jest niejaki Norman. Pułkownik Wiktor Pawłow, rezydent NKWD, odpowiedział na to kolegom: „Jest nasz, trzymajcie się od niego z daleka”.

W 1950 roku Kanadyjczycy odwołali Normana z Tokio. Spędził wiele godzin na rozmach z oficerami bezpieczeństwa MSZ i RCMP – było to pierwsze, choć spóźnione sprawdzenie. Norman zaprzeczył, że był członkiem partii komunistycznej. Przyznał jedynie, że w czasach studenckich sympatyzował z ugrupowaniami radykalnie lewicowymi. Choć mijał się z prawdą, to traktująca z wyższością funkcjonariuszy RCMP wierchuszka ministerstwa spraw zagranicznych stanęła za Normanem murem. Powierzyła mu kierowanie departamentem amerykańskim i dalekowschodnim w centrali.

W styczniu 1952 roku Norman został ponownie przesłuchany przez RCMP. Znów zaprzeczył, że w trakcie studiów wykonywał zadania dla komunistycznych mocodawców. RCMP wydało opinię, że dalsze zatrudnienie w ministerstwie Normana, który zataił swoje niewątpliwe związki z komunistami, obarczone jest ryzykiem. Kierownictwo resortu wciąż jednak wykazywało wobec niego zadziwiające zaufanie. Na wszelki wypadek został jednak przeniesiony do mniej „wrażliwego” departamentu informacji, a rok później mianowany wysokim komisarzem w Nowej Zelandii. Kanadyjczycy mieli nadzieję, że jak tylko zejdzie z oczu Amerykanom, cała sprawa ucichnie.

W gorącym okresie konfliktu sueskiego, w 1956 roku, Norman został mianowany ambasadorem Kanady w Egipcie i Libanie. Amerykanie byli zdziwieni, że osoba, której afiliacje komunistyczne dawno obnażyli, wciąż sprawuje ważne funkcje publiczne i to w tak strategicznym regionie.

Cierpiący na depresję Herbert Norman odebrał sobie życie. W notatce, jaką pozostawił, napisał: „Nigdy nie popełniłem czynów przeciwko bezpieczeństwu naszego ani innego państwa. Ale jestem tym wszystkim zmęczony. Siły, które się przeciwko mnie sprzysięgły, są zbyt potężne, nawet dla niewinnego człowieka, więc lepiej teraz odejść, niż żyć ciągle obrzucany błotem”. Kanadyjskie ministerstwo spraw zagranicznych opłakiwało stratę kolegi, z kolei RCMP przyjęło wiadomość o samobójstwie dyplomaty z nieukrywaną satysfakcją.

Kilka dni po śmierci Normana do centrali CIA wpłynęła depesza z jej rezydentury w Kairze. „Wiarygodne źródło” donosiło, że dzień przed samobójstwem Norman powiedział zaprzyjaźnionemu psychiatrze, że „gdyby był zmuszony zeznawać, musiałby wsypać z 60 albo 70 Amerykanów i Kanadyjczyków. Nie może się przemóc, żeby to zrobić. Już lepszym wyjściem byłaby śmierć”.

Obaj ambasadorowie zabrali swoje tajemnice do grobu. Tak długo jak archiwa w tej sprawie będą niedostępne, pytanie, czy Norman i Watkins rzeczywiście służyli Sowietom, pozostanie bez odpowiedzi.

Rafał Domisiewicz
Autor jest doktorem politologii i kanadystą.
(Polska Zbrojna)

Dodaj komentarz